25 stycznia 2016

(Czekając) na lipę.




Ileż razy już tarczę obiegła
chuda kreska?! Klnę w duchu, bom wściekła.
I choć półmrok dopiero na dworze - 
czekam, zaraz się położę.

Imbirowym korzeniem obciążon
miałeś mknąć, nim wirusy się zdążą
spotęgować w mym ciele! Nieboże!
Czekam, zaraz się położę.

Lipy kwiat, co w aptecznym pstrym rządku
oczekuje mej szklanki i wrzątku,
traci płatki w spłowiałym kolorze.
Czekam, zaraz się położę.

Ja to wszystko rozumiem, doprawdy.
Logistykę sprawunków niełatwych
na twą głowę zrzuciłam w ferworze.
A tu korki, zmierzch wkrótce na dworze.
Patrzysz w listę i grzęźniesz w stuporze.
Nie wiem, z kim jest teraz gorzej.

O! Jedyny z domowych rycerzy!
Czyżbyś utknął przy kasie, jak w wieży?
Czy dopadła cię gdzieś przy nabiale
ta zaduma, przez którą wytrwale
z masłem w reku sens tropisz być może?
Przybądź! Ze mną coraz gorzej!



2 grudnia 2015

Manu, manu.




Straszne są moje zaniedbania blogowe, straszne.
Przyznaję, kajam się srodze i na znak pokory biję w chudy substytut pod obojczykiem.

Ale jestem, żyję.
Jak to się u nas mówi - dycham jeszcze.
U nas, na polu.

Zassało mnie całkowicie i odurzyło znienacka falą endorfin.
Właściwie budzę się i zasypiam wciąż na lekkim rauszu.
Nowe projekty tak mają. Sponiewierają człowieka, a on jeszcze chce więcej
i robi maślane oczy do tych swoich pomysłów.

No dobra, bez owijania.
Tutaj jest linka dla chętnych: Manu.

To zmykam.
Ale wrócę niebawem:)

ps. Dla osób bez fejsbukowego konta adres sklepu: www.manushop.pl
Zapraszam! )))


11 października 2015

Czwarte okrążenie.



Minęły właśnie cztery lata, odkąd najmłodsza młodzież w stadzie postanowiła nam akompaniować
w tej codziennej wariacji na temat.
Minęły jak z bicza strzelił.
Choć, jak przypuszczam, dla jubilata to całkiem rozległa epoka w strumieniu oswojonej rzeczywistości.
Kto wie, czy nie jeden z tych najsmakowitszych kawałków tortu.

Świat go powitał radosnym karnawałem. Skumulowaną iluminacją sączącą się w skafander.
Z braku kostiumów Napoleonów i Sokratesów, tudzież mundurów strażackich w rozmiarze 56cm na podorędziu, przypadł mu strój robaczka świętojańskiego.
U zarania swych dziejów był więc Wielokropek świetlikiem...



... i leżał tak godzinami. Zielone płuca naszej mikro-planety.

Cała ta maskarada na tyle mu się widać spodobała, że chwilę potem postanowił przybrać bardziej profesjonalne aktorsko oblicze i stał się młodym Stuhrem ("Nie wstanę, tak będę leżał!")



A dziś?
Dziś przejął pierwsze skrzypce i mając w poważaniu wszelkie partytury coraz częściej przeciąga strunę.
Na swoją stronę.

W chwilach wolnych od obowiązków Smoka Wawelskiego, główkuje nad skonstruowaniem rakiety na sznurku, którą odbędzie wycieczkę na koniec kosmosu.
Przyszłość zaś zdecydowanie i niezmiennie wiąże z malarstwem.
Pokojowym.
Wszystko na niebiesko.

A co nam przyniesie piąte okrążenie?
Kto wie.
Właśnie startujemy.




6 października 2015

Opera mydlana.

Tabletki, pipetki,
specyfik z saszetki.
Schnie na wietrze pranie,
lulilaj kochanie.
 
Zioła, specyfiki,
żołędne ludziki.
Śpij, dzionek daleki,
zamknięte apteki.
 
 
 
 
Przyszedł i zabrał głos.*
Najmłodszemu, chojrak jeden.
Noc nieoczekiwanie przeobraziła nam się w widowisko o dramatyczno-komicznym zabarwieniu, istna drama giocoso. Przy całej wszak powadze rozgrywających się scen, napawających grozą troskliwe serce matki, efekty dźwiękowe emitowane przez czteroletniego basso profondo, bezlitośnie łaskotały bębenek kowadełkiem, powodując nieadekwatną do sytuacji reakcję, troskliwej przecież skądinąd i przepełnionej empatią, rodzicielki.
Uf. Zdanie prześlicznie rozwleczone, zupełnie jak noc, co to właśnie minęła.
 
A rano zonk.
Absolutny brak fonii.
Wyczerpany nocnymi występami Wielokropek postanowił przerzucić się na alternatywną formę komunikacji i od wczesnych godzin porannych uprawia balet form nowoczesnych.
Figura oplatająca szerokim łukiem obu ramion wiszący na ścianie teleodbiornik oznacza, na ten przykład, w dość luźnym tłumaczeniu: "chcę bajkę, dużo bajek, tyle, co stąd do koszmosu!"
Notoryczne postukiwanie paluchem w czoło zdobiącego okładkę książki bohatera, podparte rytmicznymi podskokami, można odczytywać jako stanowcze: "poczytaj mi mamo!"
Recytuję zatem posłusznie przerobionego niezliczoną ilość razy Alberta Albertsona, wyłuskanego nomen omen z bibliotecznych zakamarków.
 
A w chwilach wolnych od literackich uniesień powołujemy do życia lokatorów przydomowego ZOO.
A co!
 
A co u Was?
Jak Was jesień traktuje?
 
* Wirus, stary wiarus, wędrujący po przedszkolach.
A gdzie się pojawi, tam zapalenie dróg.
 
 
 

1 października 2015

Lato dziewięćdziesiąt trzy.




Powracająca zakładka w czasie.

Jako młoda dziewczyna nie bałam się burz.
Zawsze czekałam do ostatniej chwili, pływając w rzece, aż rozszalałe krople nie rozpruły powierzchni wody na dobre. Potem uciekałam, mokra i bosa, ociekająca deszczem, do blaszanej budy na pobliskim jarmarku, albo pod drewniany dach strzelnicy tuż nad drugą tamą.
Wysoka trawa smagała napięte łydki. Sklejone włosy smagały twarz.
Hulał wiatr.

Miasteczko wymierało.
Pustoszał rozparty nad brzegiem rzeki plac targowy, gdzie co wtorek zwozili polonezami młode kurczaki i kozy. Klatki pełne wystraszonych białych trusi o różowych oczach. I kobiety handlujące czym tylko się dało, ruchliwe i błyszczące, jak pstrągi pod mostem.

Wielkie, ciężarne krople waliły w opuszczone klepisko, spękane od upału i końskich kopyt.
Niebo gęstniało. Zapach kurzu unosił się w powietrze.
Ten zapach na zawsze już ze mną pozostał, jako jeden z tych iluzorycznych punktów zaczepienia, wymyślonych w czasach młodzieńczej gonitwy za nieznanym.

Za tym szczeniackim pragnieniem, powracającym z uporczywą manierą aportujących psów.
Żeby biec.

Za tą burzą, napełniającą mnie jakimś przedziwnym, nieoczekiwanie gwałtownym - spokojem.

..............................


Po prawej stronie, w bocznym pasku u góry, pojawiła się nowa ikona.
Dla tych, którzy miewają taki moment, że lubią tu zajrzeć.
Bez obaw, to nic nie kosztuje:)